Cześć.
Na tym portalu zaczynała się moja przygoda z psami, gdy Puńcia była jeszcze młodziutka, i ja byłam młodziutka, więc było to jakieś dziewięć lat temu. Z tego powodu pewnie nikt z was mnie nie pamięta.
Chciałam pisać tego bloga jako pewnego rodzaju kronikę, by mieć pózniej co wspominać, gdyż wiedziałam, że zespół Cushinga gwałtownie wyszarpię mi Puńcię z rąk. 
Nie zdążyłam napisać zbyt wiele, gdyż wkrótce po mojej drugiej notce wyczułam guzek w listwie mlecznej Puńci. Nowotwór był złośliwy. Wycięliśmy całą listwę mleczną, dwa miesiące pózniej drugą, z przerzutami. Wkrótce po drugiej operacji stan zaczął się pogarszać. Obraz płuc był niespecyficzny, trochę zapalenie płuc, ale prawdopodobniejsze były przerzuty. W ostatecznym akcie walki o nią podawaliśmy jej jeszcze antybiotyk na zapalenie płuc - stan gwałtownie się polepszył na jakieś trzy dni. A potem... Potem jednego wieczoru płyn zalał jej płuca z powodu przerzutów. 
Uśpiliśmy ją tej samej nocy. Nie zasnęła spokojnie. Broniła się i krzyczała do samego końca. 
Najpewniej to ostatni mój wpis na tym blogu. 
Nie ma dnia, by mi jej nie brakowało, chociaż właściwie minęło kilka miesięcy, pisząc to płaczę. 
Dziękuję wam, mimo wszystko. Szczęścia dla waszych pieseł. I doceniajcie je, naprawdę są tego warte.