| Strona główna | Klubowicze | Blogi | Zdjęcia | Filmy | Grupy | Ankiety | Spotkania | Forum |
Blogi
WszystkieNiemal za tydzień wyruszamy na naszą wymarzoną wyprawę. Od mniej więcej tygodnia załatwiamy wszelkie związane z nią sprawy i oczywiście wciąż trenujemy. Teraz testujemy buty dla psów i zgodnie z tym co przewidywaliśmy nie jest to proste. Niektóre psy nie interesują się tym co mają na łapach, inne wręcz przeciwnie. Długa droga przed nami zanim psiaki przyzwyczają się do nowej sytuacji. Na wyprawie będzie na pewno łatwiej, kiedy wszyscy zaczniemy działać jak automaty i wejdziemy we właściwy rytm.
Po odwilży zrobiły się bardzo ciężkie warunki do biegania, śnieg zrobił się mokry i ciężki. Dlatego zaczęliśmy jeździć na jednym dużym zaprzęgu zamiast na dwóch. Trenujemy czternastką psów lub szesnastką. Jest to najprawdopodobniej największy regularnie trenujący w tej chwili zaprzęg w Polsce. Jego moc jest ogromna!
W takim rytmie treningowym, biegając codziennie, zawsze co najmniej jeden pies ma dzień wolny od pracy i może się regenerować.
Będziemy tak robić już do niemal samego wyjazdu. Dotarcie do Inari zajmie nam prawdopodobnie cztery dni, więc psy będą miały dużo czasu na odpoczynek, śpiąc w przyczepie. One na szczęście potrafią wypoczywać w czasie jazdy i postojów.
Na pewno po podróży, jak zwykle, my będziemy wykończeni, a psy wręcz przeciwnie.
Ostatnio na pozycji trail leadera obok Saby pojawił się jak, za dawnych lat, Moli.
I trzeba powiedzieć, że powrót 9-cio latka, najstarszego psa w teamie, na pozycję będącą domeną młodych psów miał genialny. Trzymał wysokie równe tempo. przez co momentalnie praca Saby stała się o wiele bardziej wydajna, wszak ona jest leaderem prowadzącym bardzo delikatnie, oddając duże pole do popisu trailowi. Dlatego tak ważny jest pies biegający z nią w parze.
Dotychczas wydawało się, że Saba z Sami to para doskonała, jednak po tym co pokazał Moli zaczęliśmy mieć wątpliwości.
Problem tylko w tym, że Moli normalnie biega w zaprzęgu Darii, gdzie leaderami są Odyn i Anga. Czyżby czekało nas kolejne przemeblowanie?
Zdjęcia zrobione telefonem w przerwie pomiędzy kolejnymi rundami treningu. Biały pies na pierwszym planie to Moli, chłopak nie dziewczyna, jak sądzi wielu po imieniu:)




Niemal za tydzień wyruszamy na naszą wymarzoną wyprawę. Od mniej więcej tygodnia załatwiamy wszelkie związane z nią sprawy i oczywiście wciąż trenujemy. Teraz testujemy buty dla psów i zgodnie z tym co przewidywaliśmy nie jest to proste. Niektóre psy nie interesują się tym co mają na łapach, inne wręcz przeciwnie. Długa droga przed nami zanim psiaki przyzwyczają się do nowej sytuacji. Na wyprawie będzie na pewno łatwiej, kiedy wszyscy zaczniemy działać jak automaty i wejdziemy we właściwy rytm.
Po odwilży zrobiły się bardzo ciężkie warunki do biegania, śnieg zrobił się mokry i ciężki. Dlatego zaczęliśmy jeździć na jednym dużym zaprzęgu zamiast na dwóch. Trenujemy czternastką psów lub szesnastką. Jest to najprawdopodobniej największy regularnie trenujący w tej chwili zaprzęg w Polsce. Jego moc jest ogromna!
W takim rytmie treningowym, biegając codziennie, zawsze co najmniej jeden pies ma dzień wolny od pracy i może się regenerować.
Będziemy tak robić już do niemal samego wyjazdu. Dotarcie do Inari zajmie nam prawdopodobnie cztery dni, więc psy będą miały dużo czasu na odpoczynek, śpiąc w przyczepie. One na szczęście potrafią wypoczywać w czasie jazdy i postojów.
Na pewno po podróży, jak zwykle, my będziemy wykończeni, a psy wręcz przeciwnie.
Ostatnio na pozycji trail leadera obok Saby pojawił się jak, za dawnych lat, Moli.
I trzeba powiedzieć, że powrót 9-cio latka, najstarszego psa w teamie, na pozycję będącą domeną młodych psów miał genialny. Trzymał wysokie równe tempo. przez co momentalnie praca Saby stała się o wiele bardziej wydajna, wszak ona jest leaderem prowadzącym bardzo delikatnie, oddając duże pole do popisu trailowi. Dlatego tak ważny jest pies biegający z nią w parze.
Dotychczas wydawało się, że Saba z Sami to para doskonała, jednak po tym co pokazał Moli zaczęliśmy mieć wątpliwości.
Problem tylko w tym, że Moli normalnie biega w zaprzęgu Darii, gdzie leaderami są Odyn i Anga. Czyżby czekało nas kolejne przemeblowanie?
Zdjęcia zrobione telefonem w przerwie pomiędzy kolejnymi rundami treningu. Biały pies na pierwszym planie to Moli, chłopak nie dziewczyna, jak sądzi wielu po imieniu:)




Pewnego dnia przeglądając różne psie strony w internecie trafiliśmy na błagalne ogłoszenie, "półtoraroczna suczka husky zostanie zabita jeśli nie znajdzie domu do soboty". Potem następowały zupełnie już klasyczne hasła z cyklu - "właściciel sobie z nią nie radzi, suka ucieka, poluje na zwierzaki, więc znalazł weterynarza, który zgodził się zwierza uśpić".
Takich ogłoszeń jest bardzo dużo, często ktoś kto chce psa się pozbyć wymyśla różne dramatyczne historie, aby tylko przyspieszyć oddanie psa, licząc na ludzką litość. Trudno powiedzieć jak naprawdę było w przypadku Luny, w każdym razie nas jej historia ujęła. Może stało się tak dlatego, że kilka lat temu usłyszeliśmy podobną? Wtedy do naszego kenelu trafiła Saba, która od kilku sezonów jest genialną liderką potrafiącą przeprowadzić zaprzęg najtrudniejszą trasą.
Luna nawet z wyglądu przypominała Sabę.
W każdym razie pewnego sierpniowego dnia pojawiła się u nas. Nie było to takie proste, bowiem najpierw nie mogliśmy jej odebrać z tymczasowego domu w Wieliczce, bo dziewczyna miała potworne problemy po nieudolnie wykonanej sterylizacji i musiała długo się leczyć - leczyliśmy ją także dłuższy czas już u nas - a potem... No cóż w tym miejscu musimy przenieść się ponad rok temu na trasę z Wieliczki do naszego domu.
Była plus minus pierwsza w nocy, Kacper spał mocno na tylnym siedzeniu, Luna w bagażniku kombi , a ja mocno zmęczony za kierownicą. W pewnym momencie pojawiła się jakaś stacja benzynowa, ucieszył mnie ten fakt, bo musiałem się zatrzymać i choć na chwilę zdrzemnąć.
Postanowiłem wcześniej, jeszcze przed podróżą, że będę bezwzględny i nie wypuszczę Luny z samochodu nigdzie na trasie i opuści go dopiero na naszym podwórku. Cóż poradzić jednak na ludzkie słabości?
Pomyślałem, cholera jedziemy już tak długo, pewnie chce jej się siku. Ach, wypuszczę ją i z czystym sumieniem sam pośpię.
Jak pomyślałem tak zrobiłem i po raz kolejny przekonałem się o prawdziwości powiedzenia, że jak ktoś ma miękkie serce to musi mieć też twarde cztery litery. Chociaż w tym przypadku bardziej oddająca sytuację byłaby kompilacja tego powiedzenia z tym o dobrych nogach.
Wróćmy jednak do sedna. Wysiadłem z auta i poszedłem na jego drugi koniec. Rzut oka przez szybę, na oko wszystko w porządku. Luna siedziała w środku przypięta linką z karabinkiem do obroży. Nigdy nie wożę psów w samochodzie inaczej, a tej linki i tego karabinka używam od lat, więc nic nie może się wydarzyć.
Jak okrutnie wtedy się myliłem! Przekonałem się o tym natychmiast, jak tylko podniosłem klapę bagażnika. Luna wystrzeliła jak z procy ze środka i wcale nie zatrzymała jej linka tylko zwyczajnie pognała przed siebie wprost w czerń nocy!
O k... a! Zdążyłem tylko pomyśleć. Złapałem jakąś smycz i za nią. Wokół stacji były jakieś puste budynki, rozwalone ogrodzenia, i teren zarośnięty chaszczami do pasa.
Biegłem za nią i wołałem, a ta małpa nic, leciała jak opętana przed siebie. A w mojej głowie tłukły się myśli, co ja powiem rano ludziom którzy włożyli tyle serca, pracy i pieniędzy w uratowanie Luny?
Wszystko schrzaniłem!
Wróciłem do samochodu. Tam został Kacperek, sam w obcym miejscu, jak się obudzi i zobaczy, że jest sam na pewno się przestraszy. Nagle widzę Lunę. Tak wraca!
Płonne nadzieje. Nie ma szans, żeby się do mnie zbliżyła. W Wieliczce powiedzieli mi, że boi się facetów, że właściciel mężczyzna bił i ją i ogólnie źle traktował i przez to Luna nie zadaje się z tą płcią! Tragedia. Całe szczęście, że nie oddalała się zbytnio i trzymała w zasięgu wzroku. Co odbiegnie dalej to zaraz wraca. Stwarzało to jakieś szanse. Obudziłem Kacpra, a ten wyskoczył z samochodu natychmiast gotowy do akcji, mimo, że jeszcze sekundę wcześniej spał jak zabity! Chłopak ma osiem lat, a w takich sytuacjach zachowuje się jak dorosły. Razem osaczamy Lunę, mamy mało czasu. Znam przecież haszczaki i wiem doskonale, że w każdej chwili coś może ją zainteresować i przestanie się nas trzymać, a wtedy ...Strach pomyśleć.
Lecimy za nią, potem nagle uciekamy. Suczka to widzi i biegnie za nami. Super! Gonimy się tak jakieś czterdzieści minut. Kilka razy była już tak blisko!
Parna, gorąca noc jest naszym sprzymierzeńcem. Chciało jej się pić od tego biegania. Wzięliśmy miskę z wodą i za nią. Widziałem, że bardzo chce, ale się boi podejść. Wtedy się wycofałem, całą akcję wziął na siebie Kacperek. Usiadł na krawężniku, miska obok, w ogóle nie zainteresowany psem. Luna przeciwnie! Trawiona pragnieniem kręciła się co raz bliżej. W pewnym momencie Kacpi ją dopadł, ale wyrwała się mu kiedy niemal już ją miałem.
Zaczęliśmy wszystko od nowa. I po jakimś czasie Kacper Zawodowiec dorwał ją przy misce. Tym razem przygniótł ją całym ciałem, a ja zdążyłem. Zapakowaliśmy ją do samochodu i wykończeni padliśmy na trawniku obok. Teraz chyba dostanę zawału - pomyślałem.
Wszystko przez ten cholerny karabinek. Wypiął się, choć nigdy wcześniej nic takiego się nie zdarzyło.
Do Darii zadzwoniliśmy dopiero po wszystkim, odebrało jej mowę, kiedy usłyszała co się stało. Postanowiłem, że nigdy o tym nikomu nie powiem, ale minęło dużo czasu i zmieniłem zdanie.
Dzisiaj Luna wiedzie szczęśliwe życie w naszym kenelu. Pracuje z psami, mieszka z Kleinem i Odynem, z którymi bawi się niemal bez przerwy, czasem doprowadzając ich do szału.
I tylko czasem myślę - jak dobrze, że Kacpi ją wtedy złapał!






Dzisiaj dzięki uprzejmości Pana doktora Michała Połulicha z lecznicy weterynaryjnej "Wyżyny" w Bydgoszczy odbyliśmy pierwszą część "szkolenia weterynaryjnego", czyli "co zrobić, gdyby..."
Lecznica ta na co dzień zajmuje się naszymi psami, a teraz jej właściciel dr Michał Połulich przygotuje nas do tego, abyśmy byli w stanie pomóc naszym zwierzakom w trakcie wyprawy, gdyby taka pomoc okazała się niezbędna.
Dowiedzieliśmy się między innymi co zrobić jeśli któryś z psiaków rozetnie sobie opuszek łapy, jak poradzić sobie z biegunkami, czy jakich użyć leków przeciwbólowych i przeciwzapalnych w konkretnych przypadkach. Doktor przygotuje też nam psią apteczkę i wyposaży ją we wszystko co może okazać się niezbędne.
Działać będziemy w terenie dość odludnym i w razie jakiejś choroby, czy kontuzji będziemy przynajmniej przez jakiś czas, zdani wyłącznie na siebie. Dlatego każda porada udzielona nam teraz może okazać się bezcenna w Laponii.
Dzisiejsze spotkanie było pierwszym z całej serii jaka nas jeszcze czeka, i szczerze mówiąc nie możemy się już doczekać następnej. Doktor Połulich to przesympatyczny człowiek, posiadający ogromną wiedzą, którą potrafi w przystępny sposób przekazać. A czyni to na dodatek z tak ogromną pasją, że każda rozmowa z nim na tematy "weterynaryjne" jest po prostu pasjonująca. A jako, że my też jesteśmy zdrowo zakręceni na punkcie naszej pracy, przeto świetnie się rozumiemy:)
Przygotowania do wyjazdu nabierają tempa. Nadszedł czas określenia w miarę dokładnego jego terminu. Na szczęście nie musimy uzależniać się od promów, bo nie ma potrzeby wcześniejszej rezerwacji przeprawy z Tallina do Helsinek i wystarczy po prostu stawić się w porcie i odpłynąć pierwszym promem, który będzie miał dla nas miejsce.
Jest to świetna wiadomość, bowiem odpada nam stres związany z koniecznością dotarcia na prom konkretnego dnia i o określonej godzinie. Ma to ogromne znaczenie, zważywszy iż do Tallina mamy prawie 1100 km, a następnie 1200 km do Inari.
Obecnie nasz plan wygląda następująco:
14.03.2010. - wyjazd do Tallina, portu w Estonii
15/16.03.2010 - przeprawa promowa z Tallina do Helsinek
18.03.2010. - mamy nadzieję pojawić się w Inari
19.03.2010. - pierwszy rekonesans po jeziorze Inari, pakowanie sprzętu i żywności
20.03.2010. - start Inarijarvi Expedition 2010
23/24.03.2010. - powrót do bazy
Wszystkie terminy mogą ulec delikatnej korekcie z rozmaitych, trudnych w tej chwili do przewidzenia powodów. Natomiast w ogólnym zarysie będziemy trzymać się tego planu, a jeśli wszystko pójdzie jak zakładamy, to wykonamy go w 100 procentach.
Zmieniliśmy decyzję co do czasu pobytu w Finlandii z planowanego miesiąca do nieco ponad tygodnia z kilku względów. Po pierwsze początkowo chcieliśmy mieć możliwość dłuższego pobiegania po śniegu, co jest ogromnie ważne dla psów, bo śniegu w Polsce zawsze było jak na lekarstwo. Ten powód odpadł całkowicie. Śniegu mamy w tej chwili u nas więcej niż w Laponii!
Po drugie mieliśmy kompletnie inny plan treningowy, który legł w gruzach z powodów pogodowych. Najpierw mieliśmy bardzo ciepły listopad i grudzień, a potem wielkie opady śniegu. Wszystko to spowodowało, że niemożliwe było wyjeżdżenie tylu kilometrów na treningach ile planowaliśmy. W związku z tym w drugiej połowie lutego i pierwszej marca wykonamy największą pracę treningową w całym tym sezonie. To z kolei spowoduje, że na treningi na Inarijarvi nie będzie już miejsca ze względu na normalne zmęczenie psów i nas.
Krótko mówiąc przygotowujemy formę na konkretny moment. Na czas pomiędzy 20 a 28 marca.
Przyjeżdżamy do Inari. Odpoczywamy po podróży jeden dzień. Robimy kilkugodzinny rekonesans. I ruszamy.
Teraz czeka nas najtrudniejszy etap przygotowań. Bardzo dużo treningów w ciężkich warunkach, przygotowanie sprzętu, kontrola weterynaryjna, badania lekarskie, przygotowanie i sprawdzenie samochodu i przyczepy, załatwienie opieki dla psów zostających w domu itp, itd.
Jednym słowem będzie gorąco!
Tydzień temu dopadło nas to co w mushingu najgorsze i nieuniknione zarazem, czyli śmierć psa. Tym razem ślepy los zabrał nam weterankę Whisky. Więcej na ten temat w poście Żegnaj Whisky.
Ludzi z naszego teamu też nie oszczędziły choroby, ale najgorsze za nami. Niestety zegar tyka i czas rozpoczęcia wyprawy coraz bliżej. Tymczasem po tych wszystkich opadach śniegu rozpoczęły się dla nas chwile wybitnie ciężkiej pracy.
Zgodnie z założeniami treningowymi w styczniu i lutym mieliśmy przejechać co najmniej 1000 kilometrów podczas treningów, jednak ze względu na niespotykaną u nas grubość pokrywy śnieżnej nie mamy najmniejszych szans nawet zbliżyć się do tej ilości.
Przejechanie 20 kilometrów jednym ciągiem jest w tych warunkach wyczynem.




Śniegu niekiedy jest tak dużo, że konieczne staje się przecieranie szlaku przed psami, gdyż one niemal w nim znikają. Ma to tę pozytywną stronę, że w tej chwili nie ma szansy spotkać kogokolwiek w lesie, a jedynymi śladami ludzkiej obecności są nasze ślady i sporadycznie koleiny po traktorze dowożącym pokarm dla zwierząt do paśników. Takie udogodnienia jak owe koleiny wykorzystujemy jak tylko się da, aby ulżyć psom i sobie. 




Treningi zamieniły się w tych warunkach w katorżniczą dosłownie pracę, ale mamy też nadzieję, że zaprocentuje ona wspaniale na wyprawie. Prawdopodobnie bieganie w takim śniegu będzie źródłem nieprawdopodobnej mocy psów, a skoro na Inrijarvi śniegu będzie o wiele mniej, ponadto będzie on mocno przewiany i bardzo twardy, to nasz trening może się okazać bardzo skutecznym. 



Przez to wszystko porobiło się tak, że nasz syn Kacper najczęściej wraca ze szkoły zaprzęgiem. Po prostu na koniec treningu zajeżdżamy po niego zaprzęgiem pod szkołę, tornister ląduje w worku sań, a Kacpi na ich płozach i jedziemy do domu. Wzbudzając, rzecz jasne niemałe zdumienie wśród rodziców i innych uczniów. 



Na dodatek w ramach gratisowych atrakcji musimy mijać po drodze martwego jelenia. Nie mamy bowiem w tym miejscu innej możliwości. Zgłosiliśmy oczywiście jego obecność miejscowym myśliwym, ale oni ze względu na trudny dostęp mają teraz spory problem z usunięciem go. Wszak to wielkie i ciężkie zwierze i nie da się tak po prostu wziąć go pod pachę i wynieść. Problemu nie mają z tym lisy i kruki, które konsekwentnie go zjadają. Może za, powiedzmy tydzień, problem dosłownie zniknie.


Wreszcie też przetestowaliśmy otrzymany od sponsora namiot firmy Husky. Urządzenie mające zastąpić nam dom na jeziorze Inari, sprawia bardzo pozytywne wrażenie i powinno sprostać naszym wymaganiom. Testowaliśmy go w kilkunastostopniowym mrozie i wszystko było w porządku. Jest prosty w "obsłudze", nieprzewiewny i wydaje się, że posiada bardzo sprawny system wentylacji, co przy dużym mrozie ma ogromne znaczenie. Musimy jedynie zaopatrzyć się w kilka lodowych śrub, których nie ma w wyposażeniu żadnego z takich namiotów, a na zamarzniętej tafli jeziora tylko one pozwalają skutecznie przytwierdzić namiot do podłoża. 


W sobotę 30 stycznia o 2.05 odeszła od nas na zawsze nasza kochana, pierwsza w ogóle suczka, Whisky. Umarła zaatakowana przez wyjątkowo złośliwy nowotwór, po siedmiu dniach walki z chorobą.
Zjawiła się u nas dziewięć lat temu jako trzynastomiesięczny dzieciak i od razu podbiła nasze serca niesamowitą potrzebą biegania. Mówiliśmy o niej Whisky Zawodowiec, bo potrafiła bez niczyjej pomocy wyjść z każdego poplątania lin, ominąć każdą przeszkodę w terenie, a ponadto była niezrównanym partnerem wszystkich psów w zaprzęgu. Dla niej praca w psim teamie to było prawdziwe szczęście.
Pracowała w parze z Adją, która do stada trafiła zaraz po niej. Na długo stworzyły najlepszy nasz duet zdolny poprowadzić duży zaprzęg. Startowała we wszystkich naszych ówczesnych zawodach jako niezbędny i podstawowy członek zaprzęgu. Razem z nią uczyliśmy się mushingu i dzięki niej mogliśmy poznać wiele cech jej rasy.
Była niezależnością w czystej postaci, zaprzeczeniem teorii dzisiejszych hodowców, którzy twierdzą, że husky to taki sam pies, jak każdy inny.
Whisky zaprzeczała tym teoriom, uciekała kiedy tylko nadarzyła się choćby najmniejsza ku temu okazja. Polowała na ucieczce na kury i krowy w okolicy przysparzając nam wiele stresów. Taka była i taką kochaliśmy, a jej niezależność zamieniała się w totalną potrzebę współpracy z psami i człowiekiem w zaprzęgu.
To, że byliśmy świadkami jej przemian, to wielkie szczęście i ogromna porcja doświadczenia, bez której nie znaleźlibyśmy się tak szybko w miejscu, w którym dziś jesteśmy. Dziękujemy Ci Whisky za dziewięć lat spędzonych z Tobą. Nigdy Ciebie nie zapomnimy.
Smutne jest to, że choroba przyplątała się do Niej w takim momencie, kiedy po latach ciężkiej pracy jesteśmy już tak blisko spełnienia naszych marzeń. Whisky to jeden z tych psów, dzięki którym uwierzyliśmy kiedyś, że można stawiać przed sobą naprawdę trudne zadania, kiedy ma się takich partnerów jak Ona.
Od dwóch sezonów już nie biegała z powodu nieoperacyjnego guza w nosie, ale nadal aktywnie uczestniczyła w życiu stada, świetnie dogadując się ze wszystkimi psami. Była chyba najbardziej lubianym psem w kenelu. Planowaliśmy zabrać Ją i resztę emerytów na wyprawę, aby chociaż mogli nam kibicować na miejscu. Wszak to Oni wszyscy przyczynili się do tego, że dzisiaj już niemal pakujemy się do wyjazdu.
Whisky od dawna mieszkała w jednej budzie z Bają, która pojawiła się u nas w 2001 roku i od początku została przyjaciółką Whisky. Teraz od niedzieli Baja nie chce wychodzić z budy. Stale leży tam gdzie mieszkały razem.
Śmierć psa to najgorsza strona mushingu, jedyna do której nie sposób się przyzwyczaić. Czas ucieka tak szybko, a psiurki żyją tak krótko. Nam zdarzyło się to po raz drugi i wywołało taką samą reakcję jak poprzednio. Przyszła myśl, żeby rzucić to wszystko w diabły, że to za trudne kiedy nie najmłodsi już ludzie ryczą nad psim grobem i nie potrafią psa pogrzebać. Kiedy umiera bliski nam człowiek to przynajmniej w pochówku wyręczają nas inni ludzie, z psem wszystko musimy wykonać sami.
Potem, kiedy największa rozpacz mija wracamy jednak do mushingu, bo takie jest przecież życie, bo wszystko musi toczyć się naprzód, bo cóż byłoby to wszystko warte, gdybyśmy teraz odpuścili?
Dzisiaj pojedziemy zaprzęgiem do lasu. Whisky też na pewno by tak zrobiła.
Żegnaj Mała, na zawsze pozostaniesz w naszych sercach! 




Mushing to nie tylko jazda psim zaprzęgiem, ale także cała masa różnej roboty, której wykonanie dopiero pozwala na jazdę, o którą w końcu przecież chodzi.
Podstawą jest zdobywanie środków na prowadzenie kenelu. My radzimy sobie z tym zdobywając pieniądze poprzez organizowanie imprez z naszymi zaprzęgami oraz inne prace świadczone przez naszą firmę, jak choćby odśnieżanie dachów - w końcu na śniegu się znamy:)- a także dzięki wsparciu naszych kochanych sponsorów.
Było nie było to ta część naszej działalności wraz z codzienną pracą przy zwierzakach pochłania największą część naszego życia. Natomiast kiedy już odwalimy całą tę robotę, to możemy się wreszcie nacieszyć jazdą psim zaprzęgiem.
Choć tam też czai się robota. Jaka? Musimy odśnieżyć las!
Właśnie tak. Wywozimy psy na treningi przyczepą, żeby ją zaparkować przy leśnej drodze musimy najpierw odśnieżyć sobie na nią i samochód miejsce. A że śniegu w tym roku nie brakuje, to mamy co robić.






Generalnie jak ktoś narzeka, że się nudzi, że ma za mało zajęć, to polecam mushing z czystym sumieniem. Trzeba tylko zafundować sobie gospodarstwo na wsi, im dalej od cywilizacji tym lepiej, potem kilkadziesiąt psów, wykombinować sobie, że w zaprzęgach najlepsze są długie dystanse, treningi po nocach przy -30 i już.
Aha jeszcze jedna cenna wskazówka - przynajmniej sześćdziesiąt procent suk w stadzie, oczywiście niewysterylizowanych i podzielonych pod kątem rui na co najmniej trzy grupy, albowiem tylko wtedy osiągniemy efekt nieustającej cieczki przez niemal cały rok. Cieczka to wyjące po nocach psy, a wyjące psy to nasza bezsenność. Bezsenność to pogłębiające się wyczerpanie aż do ...
Świetny sposób na nudę w każdym razie.
Nam nuda nie grozi. Ostatnimi czasy byliśmy bardzo zajęci. Spadł śnieg więc firmy organizujące imprezy integracyjne sobie o nas przypomniały, toteż trochę sobie znowu pojeździliśmy po Polsce, odśnieżyliśmy parę dachów i jeszcze pomiędzy to wszystko musieliśmy wcisnąć treningi. Jakoś się udało i od dzisiaj do piątku mamy trochę wolnego. Od soboty młyn znowu zacznie się kręcić.
Na dodatek jedną z naszych weteranek czeka zabieg usunięcia guza z dziąsła - mamy nadzieję, że nie złośliwego.


Ostatnie mrozy dały nam przedsmak tego co czeka nas w Laponii - zresztą tam w ciągu ostatnich dni było znacznie cieplej niż u nas.
Mieliśmy świetną okazję pracować i przebywać na dużym mrozie długimi godzinami, jednocześnie normalnie wypełniając wszystkie swoje obowiązki. No cóż w takich chwilach niemal wszystko zależy od odpowiedniego ubrania - tutaj ukłony dla firmy Husky
Dało nam to też sporą wiedzę na temat psich zachowań w takich temperaturach. Otóż na nich mrozy nie zrobiły żadnego wrażenia. Po prostu żadnej różnicy. Są normalnie aktywne, jedzą tyle co zawsze. Jedynie od czasu do czasu widać, że marzną im łapy podczas chodzenia po śniegu. I tu jest problem, bo buty dla psów zamawialiśmy tak, żeby dotarły do nas w połowie lutego. Nie przyszło nam do głowy, że będą potrzebne już w Polsce. Wszak przez 10 lat nie użyliśmy ich tutaj nigdy.






Tak dobrej pogody nie spodziewaliśmy się tej zimy. Prognozy długoterminowe przewidywały dodatnie temperatury i częste opady deszczu. Tymczasem aura zrobiła psikusa meteorologom i ku naszej radości zima rozgościła się na dobre i jak na razie nic nie zapowiada szybkiej zmiany na gorsze.
Świetne warunki prowokują do częstych i długich treningów, które odbywamy z dużą przyjemnością, ale i sporym wysiłkiem. W końcu czeka nas ekstremalna wyprawa, a nie wycieczka.
Psy są już w całkiem przyzwoitej formie, ale stwierdziliśmy, że brakuje im trochę siły, w związku z czym znowu, podobnie jak w listopadzie, trenujemy na mniejszych zespołach. W połączeniu z wysokobiałkową dietą pozwoli im to nabrać nieco więcej masy mięśniowej i uzyskać większą "moc".
Biegi liczą po kilkadziesiąt kilometrów i zajmują nam dobrych parę godzin jednorazowo, toteż robimy od czasu do czasu przerwy na przekąski, co widać na zdjęciach poniżej.
Jak dotąd nie dawaliśmy psom wody w trakcie biegu po śniegu, gdyż starczał im śnieg jedzony w biegu, ale przy takiej pracy jaką wykonują teraz podanie wody po mniej więcej dwudziestu kilometrach staje się koniecznością.









Właśnie wróciliśmy z kolejnej sesji treningowej w zaprzyjaźnionym ośrodku wypoczynkowym Sokole nad Zalewem Koronowskim.
Jeździmy tam od bodaj trzech lat i niezmiennie spotykamy się z cudowną, rodzinną atmosferą, że o doskonałym wyżywieniu nawet nie wspomnę.
Miejscowość ta jest przedsionkiem Borów Tucholskich i oferuje kapitalne jak dla nas warunki treningowe. Przede wszystkim ogrom lasów dookoła, wygodne leśne drogi i urokliwe leśne jeziorka rozsiane po najróżniejszych miejscach w okolicy. Dodatkowo teren jest dość pofałdowany co jest dla nas kolejnym atutem tego miejsca, bowiem świetnie urozmaica nasz trening.
Dodatkowe atrakcje zapewniają dzikie zwierzaki. Nie spotkać na treningu jeleni, dzików czy saren to ogromna rzadkość. A do tego od czasu do czasu ukazuje się majestatycznie szybujący na niebie orzeł bielik, który z racji rzadkości występowania jest największym atutem tamtejszej fauny.
Po raz pierwszy ujrzałem tam orła w lutym 2007, potem w listopadzie 2008 i w marcu 2009. Dopiero jednak wczoraj miałem możliwość zrobienia mu zdjęcia. Mam nadzieję, że w przyszłości będzie więcej takich okazji.
Ośrodek Sokole czynny jest cały rok. Zimą można umówić się tam na wycieczkę psim zaprzęgiem, czy wędkowanie spod lodu, natomiast lato to przede wszystkim woda. Ośrodek ciągle poszerza swoją ofertę i inwestuje w infrastrukturę, co owocuje coraz większą ilością chętnych do spędzenia tam czasu.
Zapraszamy :)
www.sokolekuznica.pl









Posty: 12
Komentarze: 44
Na tym blogu opisujemy przygotowania do pierwszej polskiej wyprawy psimi zaprzęgami dookoła wielkiego jeziora Inari, położonego w fińskiej części Laponii, 300 kilometrów na północ od koła polarnego. Zapraszamy do lektury.

