A zaczęło się od...

Właściwie to nie wiem od czego. Nie raz robiłam własnoręcznie rzeczy dla moich psów, zarówno szelki czy obroże, jak i smycze. Te pierwsze wychodziło chyba najgorzej, bo wymagały dokładnego zmierzenia psa i odpowiedniego dobrania proporcji długości poszczególnych pasków. A pierwsze szelki, no cóż, powstawały jedynie na bazie zdjęć w internecie czy psich gazetkach... Z obrożami było w pewnym sensie łatwiej, jednak mnie to nie wciągnęło, bo szyłam głównie to, czego nie mogłam kupić (jeszcze nie zamawiałam wtedy z internetu, a wiadomo, że w sklepach stacjonarnych niektóre rzeczy znaleźć trudno).

Smycze dużo lepsze nie wychodziły, jednak z nimi było najmniej zachodu - wszak długość i szerokość mogła być dowolna, wedle mojego pomysłu. No i była to jedynie kwestia doszycia karabińczyka i rączki do kawałka taśmy.

Smyczy plecionych za to nie tykałam - nie kupowałam ich, a tym bardziej nie miałam zamiaru sama ich robić. Mimo to, narodził się takowy pomysł. Moje zapotrzebowanie na 3-metrowe smycze i ich brak dostępności lub wysoka cena, a także fakt, że chciałabym taką smycz dla planowanego szczeniaka (który, jakby nie patrzeć, zapewne ze smyczą się szybko rozprawi), skłoniły mnie do zrobienia takowej samodzielnie - takiej, jaka by mi się zamarzyła, a do tego tańszym kosztem. W dodatku, miałam nadal świetnie działający karabińczyk (po smyczy, która była w opłakanym już stanie) - więc dlaczego go w jakiś sposób nie wykorzystać?

 

No i stało się.

Wykalkulowałam sobie długość potrzebną na zrobienie takowej smyczy, kupiłam odpowiednią ilość linki, a do tego skorzystałam z kupionej przez mamę taśmy izolacyjnego. I tak zaczęłam pleść. Przy kaloryferze zamontowałam nawet specjalnie do tych celów uchwyt, za który zapinam karabińczyk.

Początkowo moje "plecenie" wyglądało tak, że używając w tym celu czterech sznurków przekładałam je jak w normalnym warkoczu, z jednym wyjątkiem - z jednej strony przekładałam sznurek "o jeden" (czyli jak w normalnym warkoczu), a z drugiej "o dwa". Smycz wychodziła wtedy dosyć płaska, ale niestety nie mam zdjęcia, by to zobrazować. Tym sposobem zrobiłam zaledwie dwie smycze, które rączkę miały zaklejoną izolką.

 

Nowy sposób na smycz.

Kolejną smycz postanowiłam zrobić nieco inaczej - a mianowicie, korzystając z instrukcji Mundkowej Ferajny: >klik<

Ten sposób w moim wykonaniu wyglądał niezbyt ciekawie - jako, że nie potrafiłam odpowiednio "zaplątać" końca przy karabińczyku, w ruch ponownie poszła taśma izolacyjna.

Pierwsza taka smycz poszła do pewnego znajomego ONka w ostatnie Boże Narodzenie - i do dziś trzyma się nieźle. Druga natomiast czeka nadal na swojego szczenięcego użytkownika:

 

 

 

 

 

 Aktualny wzór.

Obecnie wykorzystuję zupełnie inny sposób robienia takich smyczy - w dodatku, dzięki niemu nauczyłam się robić odpowiednie "zakończenie" bez ciągłego klejenia izolką. Tym razem źródłem, z którego skorzystałam nie jest blog, ale YouTube - a dokładniej ten filmik: >klik<

 

 

 

 

 

 

 

 

Na zrobienie czekają jeszcze dwie tury linki w równie ciekawych kolorach. Jedyne na co czekam, co karabińczyki - wcześniej nie miałam co z nimi robić, teraz mam ich deficyt ;)

A na koniec mam jeszcze jedną informację - karabińczyki przejdą malowanie, co oznacza, że smycze będą jeszcze lepiej się prezentować.

 

Dzisiaj to tyle z mojej strony. Kolejny wpis będzie planowaną już jakiś czas temu recenzją karmy Bosch Senior, a w następnych... kto wie ;)