Od dawna zapowiadany, długo wyczekiwany i rzetelnie przeze mnie przygotowywany - wpis o resocjalu Scooby'ego. Psa z problemem agresji do innych psów, ciągnącego na smyczy jak parowóz i nieumiejącego współpracować z człowiekiem.
W skrócie powiem tylko tyle, że resocjal chyba nie do końca się udał. A może jednak? To już sami oceńcie.

 

 

Przeszłość owczarka

Scooby trafił do nas jako szczeniak, z hodowli w Radziejowie (nazwy nie znam). Nie posiada jednak rodowodu, więc trudno tu mówić o jakiejś rasowości - mimo to pies wykazuje praktycznie wszystkie cechy typowe dla owczarków niemieckich. Gdy do nas przyjechał miałam 6 lat. Od małego mieszkał w kojcu, jako młody pies dosyć często (prawie codziennie) był wieczorami wypuszczany z kojca i mógł towarzyszyć członkom rodziny, chodził też z nami wybiegać się na polu. Nigdy nie miał na sobie obroży, nie był też uczony chodzenia na smyczy. Weterynarza widywał tylko na swoim podwórku - przyjeżdżał na wizyty domowe i szczepił psy przez bramki kojców. One same były w gabinecie jedynie jako szczeniaki.
Jako dorosły pies, Scooby dnie spędzał zamknięty w kojcu, w nocy natomiast był biegał luzem po podwórzu (teoretycznie, bo zwykle po prostu spał w budzie).
Czy cokolwiek z nim wcześniej robiłam? Raczej nie - miałam wtedy Mikę i to na niej skupiała się cała moja uwaga. Od czasu do czasu jedynie wyprowadzałam Scooby'ego (jak i Jukę, jego przyrodnią siostrę) na spacery po polu - wtedy właśnie pierwszy raz ktoś w ogóle wziął go na smycz. Jedyną naszą "pracą" było oduczanie ciągnięcia metodą drzewka i zawracania, ale biorąc pod uwagę, że nie były to częste wypady, lekcje nie dawały efektów tak szybko jak przy codziennym treningu.

 

 

 

Zmiany

Wszystko zaczęło się tak naprawdę po śmierci Juki (marzec 2014). Dotychczas ona była (po Mice) moim oczkiem w głowie, a wtedy został już tylko Rudolf i Scooby. Rudzielca wziął pod opiekę mój brat, ja zaczęłam zajmować się owczarkiem. Chodziłam na spacery po polu, ćwiczyłam luźną smycz i próbowałam za wszelką cenę zwrócić na siebie uwagę psa, dla którego byłam jak powietrze.
Nadeszło lato 2015, a ja zdałam sobie sprawę, że owczar nie był w tym roku szczepiony (wet nie przyjechał na wizytę, bo reszta była już na szczepieniu wcześniej, a o Scooby'm wszyscy zapomnieli). Stwierdziłam wtedy, że mogłabym pójść z nim do przychodni - tak samo, jak z resztą psów (czyt. Rudolfem i Zoyą). Minęło trochę czasu zanim zaopatrzyłam się w porządną smycz oraz kaganiec, ale w końcu Pasterski oficjalnie przekroczył próg podwórza i wyszedł na ulicę (oczywiście nie tak dosłownie). Szczepienie się udało, pies zachowywał się naprawdę całkiem nieźle. A mi spodobało się takie chodzenie z nim na spacery poza posesję...

 

 

Resocjalizacja

Na spacerach po polu całkiem nieźle szło mi już zwracanie uwagi psa na mnie. Postanowiłam więc, że przeniosę to na spacery w miejscach publicznych. W ruch poszły smaczki, dużo smaczków. Owczarek początkowo chodził w kagańcu - bałam się, że może zrobić komuś krzywdę, nie miałam jeszcze do niego zaufania, a i moja mama chętnie pozwalała mi na spacery z nim poza posesją, gdy pies był "zabezpieczony". Z czasem jednak kaganiec poszedł w odstawkę, dzięki czemu podawanie smakołyków stało się zadziwiająco proste, a i nauka szła psu lepiej.
Scooby nie potrafił przejść spokojnie przy bramach, za którymi były psy. Jeżył sierść w imponujący irokez, ogon unosił ponad linię grzbietu a z gardła wychodziło basowe warczenie. Im bliżej był siatki, tym trudniej było go odciągnąć, a grożenie zaczynało się już z odległości 10m od "przeciwnika". Chodziliśmy tam jednak tak często, że pies z każdym kolejnym razem groził coraz mniej i mniej. Podniosłam więc nieco poprzeczkę i w odległości kilku metrów od "psiej" bramy skupiałam psa na sobie. Zerkał co prawda na psa, ale nie było tragedii - no chyba, że pies za bramą wykazywał się takimi samymi brakami w edukacji jak mój owczarek, wtedy niestety uwaga psa skierowana była na rówieśnika. Ćwiczyliśmy jednak na tyle długo i często, że pies przestał zwracać uwagę na psy za bramami niezależnie od ich zachowania - a z czasem, także ich odległości od Pasterskiego. Nadal nie może przejść zupełnie spokojnie przy samym ogrodzeniu, ale tego już od niego nie wymagam - bo kto chciałby "ocierać się o śmierć"? ;)
Mieliśmy okazję mijać też psy po drugiej stronie ulicy. Początkowo reakcja była wroga - jeżenie się, odracanie w kierunku psa a nawet próby przejścia przez ulicę (na szczęście nieskuteczne). Pies nadal reaguje na takie psy, ale już zdecydowanie mniej - po prostu patrzy.
Minęło trochę czasu i pies spokojnie chodził chodnikiem (poboczem nie potrafi, spycha/wciąga mnie na jezdnię...), ignorując zupełnie psy za bramami, a nawet te "luzem" w większej odległości. Sielanka? Chyba tak.

 

 

Starość nie radość

Nie zauważyłam nawet kiedy, ale pies zaczął tracić siły - również na to, by z zapałem próbować zagryźć czworonogi przebywające w promieniu 10m od niego. Miałam ostatnio dwie sytuacje, gdy podbiegł do nas pies luzem. Jakież było moje zdziwienie, zaskoczenie i jednocześnie duma, że Scooby nie próbował psa atakować. Może dlatego, że to tamte psy "grały" agresorów? A może po prostu nie miał już zwyczajnie siły na odgryzanie się cwaniakom? Stawiam raczej na to drugie. Jak to mówią, czas leczy rany - w tym przypadku resocjal przyszedł sam, wraz ze starością psa. Myślę jednak, że bez mojej wcześniejszej pracy włożonej w edukację Pasterskiego, nie osiągnęłabym tego efektu. Nie miałabym psa, który potrafi się skupić na mnie przy innych psach - mało tego, nie miałabym psa, który uczy się nowych rzeczy, chociażby chodzenia przy nodze.


Tak więc fakt, czy to moja zasługa czy nie, pozostaje kwestią otwartą. Niby udało mi się psa w pewnym stopniu "naprostować", a z drugiej strony "naprawił" się sam - nie zależnie od tego, jak głupio to nie brzmi.
Jedyna rzecz, której jeszcze nie odważyłam się przećwiczyć, to spotkanie Scooby'ego z Rudolfem - owczar dwa razy dotkliwie go pogryzł, a widzę, że nadal ma na niego "chętkę". Powiedziałam sobie kiedyś, że jeszcze będę wychodzić z nimi razem na jeden spacer - oby mi się udało :)