Nie sądziłam, że cokolwiek jeszcze tu kiedyś napiszę. Przez minione lata pojawiały się tematy, o których warto byłoby wspomnieć, niejednokrotnie miałam ochotę się odezwać, odnowić konto, jednak z czasem Klub zaczął upadać coraz bardziej, a wraz z nim – moja chęć by tu wrócić. Zacznijmy jednak od początku.

 

   Jestem Milena, znana też jako Mj, czy z Klubu – korcia24. Kiedy w sierpniu 2012 roku wzięłam do ręki pierwszy numer „Przyjaciela Psa” nie spodziewałam się jak wiele to zmieni w moim życiu. Do dziś ciężko mi uwierzyć jak bardzo „tylko” gazeta wpłynęła na moją przyszłość. Przez te lata relacjonowałam na blogu zajawki z mojego życia z futrami. A jego bohaterami było kilka stworzeń, które były i są dla mnie całym światem – terierka Kora i dwie białe chomiczki – Frania i Stefa. Oraz ktoś, kto nie miał okazji być tu oficjalnie przedstawiony – borderka Cuddy.

 

   Odkąd tylko tu się pojawiłam Klub stał się dla mnie całym moim życiem. To on wraz z gazetą wprowadził mnie w tajniki kynologii i choć wspominając dziś, z perspektywy czasu nie zawsze był on wiarygodnym źródłem wiedzy, to lata tu spędzone pozostaną w moim sercu na zawsze. To dzięki Klubowi psy stały się moją prawdziwą pasją i nieodłączną częścią życia, dzięki niemu poznałam mnóstwo pozytywnych ludzi, którzy z człowieka po drugiej stronie ekranu stali się moimi przyjaciółmi, a nie jedną z tych przyjaźni udało się sfinalizować w rzeczywistości. Dzięki tej stronie odmieniło się moje życie, pewne poglądy na świat i dzięki niej nigdy nie przestałam dążyć do spełnienia swoich marzeń. Jedno z nich leży właśnie koło mnie z zamkniętymi oczami, cicho pogrążone w błogim śnie. 

 

   Klub był dla mnie niezwykłym miejscem, gdzie przeróżni ludzie, przeróżne charaktery z odległych krańców kraju potrafili się naprawdę fajnie dogadać, bo połączyła ich jedna pasja i miłość do czworonożnych stworków. Jak zawsze były momenty chwalebne i kiedy dochodziło do spięć. Często zdarzało się, że ktoś popełniał błędy i w dobrej wierze klubowicze chcieli pomóc, wesprzeć, wytłumaczyć. Bywały kłótnie, często ludzie nie rozumieli, że to nie wredny przytyk, tylko chęć uświadomienia dla dobra zwierzaka i innych. Pomimo wszystko łączyła nas jedna pasja, którą nawzajem się zarażaliśmy. Chyba nigdy nie zapomnę sławetnej kłótni z jedną z klubowiczek, która doprowadziła do wywalenia strony na 9 dni. I wtedy umieliśmy się złączyć. Kiedy już tu dołączyłam Klub lata świetności miał już za sobą, ale wraz z pomocą kilku bliskich mi osób udało się zmobilizować ludzi i sprawić, żeby strona na nowo ożyła. Znów pojawiły się rozmowy na forum, kilka osób zawzięcie pisało blogi, a na ich notki czekaliśmy z niecierpliwością. Nieraz przeżywaliśmy atak dzieci, które nie dały sobie przepowiedzieć, że ciągnięcie psa za ucho nie jest najlepszym pomysłem, tak samo jak karanie za nieutrzymanie moczu poprzez wkładanie w nos w żółtą plamę też nie jest akceptowalne. Błąd #500 stał się swego rodzaju legendą i okładką strony i z czasem bardziej bawił niż irytował.  Każdy z nas był młodszy. Każdy miał znacznie mniejszą wiedzę niż dziś. Są osoby z którymi do tej pory utrzymuję mniejszy lub większy kontakt zarówno internetowy jak i w rzeczywistości.

 

   Dziś wracam tutaj po kilku latach nieobecności. Przykro patrzeć, że Klub tak się stoczył, a tak wielka społeczność upadła. Zapewne wielu z dawnych klubowiczów kontaktuje się ze sobą, lecz ta wspólnota, tutaj, już nigdy nie powróci. Przez lata marzyliśmy o nowej, niezawieszającej się stronie, na której będziemy mogli dalej rozwijać swoje zainteresowania, dzięki której poznamy wielu kolejnych wspaniałych ludzi z podobnymi pasjami. Niestety część z klubowiczów odpadła w trakcie oczekiwania na nową stronę przenosząc swoje znajomości na Bloggera, czy Facebooka. Pomimo upływu czasu w końcu się doczekaliśmy, jednak witryna okazała się nie spełniać oczekiwań. Brakowało nam głównie profili, przyjaznego klimatu strony (ta bije sterylnością i „nowoczesnym” designem) oraz kilku szczegółów, które dla nas okazały się być niezwykle istotne. Z czasem i gazeta się zmieniła. Te zmiany dobiły mnie najbardziej, bo Klub tworzą ludzie, jednak na miesięcznik nie mamy większego wpływu. Strony również nabrały nowego stylu, który niestety okazał się być w mniemaniu wielu z nas – kiczowaty. Zabrakło trochę pasji, ciekawych tematów, dyskusji, a pojawił się nowy wygląd, który znacznie bardziej odpychał starych czytelników niż przyciągał nowych.

 

   Zarówno ja jak i wielu innych powiększyliśmy swoją wiedzę od tej pory. Czytam moje stare wypowiedzi nieco z łezką w oku, nieco śmiejąc się z własnej głupoty. Jak każdy z tutaj obecnych popełniałam błędy, jednak starałam się zawsze dalej rozwijać i nie być zamkniętą w wyimaginowanym świecie własnego ego. Czego niestety wielu tutaj nie potrafiło. Nigdy nie da się zrobić tak, by każdy nas lubił i wielbił, jednak to było dla mnie miejsce, w którym czułam się jak swój między swymi, czego na innych forach nigdy nie zaznałam. Mam nadzieję, że pomogłam wielu, że w jakimś stopniu zaraziłam nowych pasją do kynologii, tak jak dawniej zarażano mnie. Jak każdy chyba tutaj miałam swój „autorytet”, osoby których wypowiedzi darzyłam ogromnym szacunkiem i zachwytem. Wraz z upływem czasu priorytety jednak się zmieniały, a ci wartościowi ludzie stąd uciekali. Wraz z nadejściem nowej strony pojawili się tu nowi ludzie. Niestety tylko garstka z nich przetrwała i była otwarta na nowości. Większość z nich to dzieci, które nie rozumiały lub raczej nie chciały zrozumieć swoich błędów. Nie neguję tutaj nikogo, bo sama dołączyłam do Klubu będąc podrostkiem, jednak wielu z tych nowych nie przetrwało próby czasu. Coraz częściej zaczęły się pojawiać bezsensowne wpisy na blogach, dwa zdania o tym w jak cudownej pozie piesek dzisiaj zasnął, przez co wartościowe posty umykały (za co również winię wygląd strony). Nawet w najgorszych czasach starego Klubu moje notki zbierały po kilkanaście bardzo sympatycznych i pozytywnych komentarzy, gdzie tutaj opadały ręce, gdy człowiek się napocił, a nikt nawet nie miał szansy na przeczytanie przez piętrzące się jednozdaniowe posty z kilkoma błędami ortograficznymi na jedno słowo.  Wartościowe blogi były usuwane, sprawiedliwość nie dopadała każdego, większość bezsensownych blogów (nawet porzuconych po jednym, nie wnoszącym nic poście) pozostawała zabierając miejsce, a te dobre „zostawały zawieszane” po miesiącu nieobecności. Szanuję prawa każdego i każdy powinien móc pisać, niezależnie czy jego pisanina mogłaby być porównywana do Hemingway’a, czy do pierwszoklasisty. Tym samym ludzie przenieśli się na blogosferę chcąc czytać o czymś ciekawym. A ja byłam wśród nich. Na Klubie zaczęła pojawiać się niemiła atmosfera, porobiły się bardzo wyraźne grupki, a tymczasem ja czułam się inwigilowana i oceniana przez pryzmat typu psa i rasy, której chciałam. W tym samym czasie na Facebooku wraz z pojawieniem się u kogoś nowego domownika pojawiała się również fala entuzjazmu i nuta zazdrości. Tutaj natomiast zaczynałam się czuć gorsza mając bordera. Dwie kompletne skrajności. Jeżeli wówczas myśleliśmy, że jest moda na bordery, to ewidentnie nie znaliśmy przyszłości.

 

   Zdaję sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie ten tekst nie zostanie przez nikogo przeczytany, przez lata będzie leżał odłogiem, nie nakłoni do refleksji. Strona umarła. Pomimo wszystko dla czystości własnego sumienia chciałabym podzielić się z przypadkowym przechodniem moimi przeżyciami. Przez te lata w moim życiu zmieniło się bardzo wiele. W moim życiu pojawiały się i odchodziły kolejne stworzenia. Mój ostatni post dotyczył wyjazdu na obóz, który był kamieniem milowym w moim życiu. Od tej pory zmieniło się najwięcej. Po kilku miesiącach w moim życiu pojawił się wymarzony szczeniak, na którego czekałam latami. Wraz z nią mogę żyć i rozwijać się. Pomimo wszystko jest spełnieniem wszelkich moich marzeń. Jest moją najukochańszą przylepą, która nie wyobraża sobie życia beze mnie (z wzajemnością ;) ), jest ze mną zawsze w najlepszych i najgorszych chwilach, a praca z nią podtrzymywała mnie przy zdrowych zmysłach w ciężkim okresie mojego życia.

 

   Zaczęłam interesować się kynologią. Postanowiłam rozwijać się z Korą, która zawsze była ogromnym uparciuchem i praca z nią wymagała ogromnej cierpliwości i dozy kreatywności. Przez lata marzyłam o drugim psie. Początkowo po prostu by mieć fajnego przyjaciela, z czasem by iść w kierunku sportów. Byłam na swoich pierwszych zawodach, potem na wystawie, a potem na kolejnych i kolejnych psich imprezach. Poznawałam mnóstwo wspaniałych ludzi. Zaczęłam z Korą bawić się w agility. Odeszła moja pierwsza chomiczka, Frania. Kilka miesięcy później pojawiła się druga – Stefa.  Spędziłam najcudowniejsze chwile na chacie z ludźmi z Klubu. Jeździłam do schroniska na warsztaty z behawiorystą, dostałam zielone światło na drugiego psa. Dostałam się na pierwszy obóz, spędziłam tam niesamowity czas, rozwijając swoją wiedzę i umiejętności. Poznałam tam wielu ludzi, którzy zmienili moje życie. Wreszcie spotkałam się z bardzo bliską mi osobą, którą poznałam właśnie tu, na stronie. Dowiedziałam się o wspaniałym czekoladowym miocie. Czekałam z niecierpliwością na wszelkie wieści o dzieciakach. W moim życiu pojawił się przecudny czekoladowy stwór. Przeżyłam straszne chwile, kiedy życie moich zwierząt wisiało na włosku. Pojechałam na seminarium, potem kolejne. Otrzymałam ogromnego kopa motywacyjnego do pracy. Po 9 ciężkich godzinach w szkole biegłam do domu, chwytałam za smycz i jechałam autobusem do Poznania na trening z psem, wracając późnym wieczorem, jednak nie w zmęczeniu, a w pełnym szczęściu. Znów poznawałam kolejnych ludzi, którzy niezwykle mi pomagali i wspierali mnie w całej mojej drodze. Wystartowałam w zawodach agility, potem kolejnych frisbee. Nie zdobyłam żadnego podium, ale osiągnęłam coś znacznie cenniejszego dla przyszłości – uwierzyłam, że możemy, że jesteśmy w stanie, że uda nam się. Po bardzo długim życiu odeszła Stefa, zamykając tym samym pewien rozdział. Wciąż się rozwijam i pielęgnuję wiedzę zdobytą dzięki temu miejscu, dzięki tym ludziom.

 

   Myślę jednak, że zabrakło tu czegoś jeszcze. A mianowicie głównej bohaterki tego bloga. Przez te lata Kora zawsze była ze mną, niejednokrotnie rozbawiała mnie do łez, niejednokrotnie irytowała, jednak zawsze w trudnych chwilach miałam ją przy sobie. Dziś liczy sobie już ponad 10 lat i można by ją nazwać psią emerytką. Osiągnęłyśmy wspólnie bardzo dużo jak na tak małego terierka. To ona wprowadziła mnie w świat psów. To ona była moim pierwszym materiałem, na którym się uczyłam i popełniałam błędy. To ona wprawiała mnie w radość kiedy w końcu udało nam się nauczyć jakiejś sztuczki, czy śmigać agilitki, które kochała całym serduszkiem. Wraz z nią byłam w tym czasie na wielu przeróżnych pokazach, na których nasza praca była doceniana hucznymi oklaskami. To ona zawsze będzie tą pierwszą i nigdy nie zapomnę tego jak wraz z nią dorastałam w tym świecie. Wciąż razem pracujemy, wspólnie się bawimy i po prostu – żyjemy.

 

Zapewne za parę lat znów tu zajrzę, mądrzejsza o pewne doświadczenia i znów pomyślę jak wiele zmieniło się przez ten czas i jak bardzo zmieniłam się ja sama. 

 

Pomimo tego, że strona jest martwa, to chciałabym oficjalnie pożegnać się z Klubem. Z miejscem, które zawsze będzie dla mnie wyjątkowe, jedyne i niepowtarzalne. Dziękuję wszystkim za wszystko i pomimo wszystko. 

 

Tym samym kończę pewną opowieść, pewną historię…
Historię srebrnego agidoga.