W zasadzie wiem, że klub po części jest martwy, ale czuję, że jak się konkretnie nie odniosę do tego, co się dzieje, to nie będę mieć spokoju.

Tego bloga założyłam, mając 8 (?) lat, około 2010 roku. W tamtej chwili dzieliłam się informacjami z życia Pluta i Urana-moich dwóch ONków. Nie było już Reksa, ale ciągnęłam wpisy na temat pozostałych czworonogów. Nigdy w zasadzie nie tworzyłam regularnie notek, prowadziłam bloga z mierną częstotliwością i raczej bez zdjęć (:P). Lubiłam się udzielać, czasem pisałam jakies pierdoły, ale cóż, czułam ogromną więź z tutejszą grupą. Niektórzy użytkownicy całkowicie się wykruszyli, a PP w moim kiosku zniknęło i musze teraz go szukać po całym mieście, heh. W każdym razie, przez te 8 lat, jak jestem tu, na klubie pod niezmienną nazwą, moja gromadka zwierząt się jedynie powiększyła o Marsa (w 2015 roku), i kotka Ryszarda ( 2012, ale z racji charakteru bloga rzadko o nim wspominałam).

Niesamowicie ciesze się, że mogłam tu być i chyba nie zamierzam się żegnać, wszak zawsze postowałam tak 'często' jak dotychczas. Niestety, dotarła do mnie ostatnio przykra wiadomość.

Pluto.

Od pewnego czasu miał nadęty brzuszek. Co następuje, zmartwieni jego stanem poprosiliśmy o wizyte weterynarza. I to, co zdiagnozował, poniekąd zwaliło mnie z nóg.

Niby czego się spodziewałam po 10etnim psie? Nie wiem. Po prostu od dawna nic się nie działo złego. Nie pamiętam odejścia poprzednich psów, to było 12 lat temu. A tu się okazuje, że Pluto cierpi na arytmię serca obu komór, a Uran lewej.

Dostał 2 zastrzyki, leki. Pies może pożyć, ale wiecie jak to jest..dziwnie. Nie wiem, pies po prostu postarzał się. Odkąd założyłam tu bloga, Plutu przybyło 8 lat. Przecież niedawno miał 2, prawda?

Mam nadzieję, że pies się będzie trzymał długo. Może jak się cieplej zrobi, wstawię zdjęcia z jakichś spacerów, bo fotografem to i tak słabym jestem i niezbyt postuję zdjęcia. Po prostu teraz jakoś jest dziwnie-on wtedy, gdy miał przygnieciony ogon, gdy teraz tak cierpiał przez arytmię, zawsze się uśmiechał (tyle o ile pies się może usmiechać, oczywiście). Zawsze machał ogonkiem. Czy był cały, czy nie. Nie gryzł. Był pogodny przyjazny..co ja gadam, nadal jest. Te uśmiechnięte oczy, merdający ogon. Teraz, gdy go dotykam, nawet nie pisczy, nic. Nie pokazuje bólu. I macha tym ogonem. Naprawde, tak poodnego i spokojnego psa chyba nigdy nie mieliśmy. Oby pożył długo i cieszył się tym zdrowiem.

Pewnie nikt nie przeczyta, ale cieżko mnie się pożegnać. Wpadam co jakiś czas. Trzymajcie się, i wasze psy. Pozdrowienia-Pluto, Uran i Mars.